Dzis
|
Dawniej sie trzeba byl
zuzyc, przezyc
by przestac kochac, podziwiac i wierzyc;
dzis - pierwsze nasze mysli sa zwatpieniem,
nuda, szyderstwem, wstretem i przeczeniem.
Dzieci krytyki, wiedzy i rozwagi,
cudzych doswiadczen majac pelna glowe,
chocby nam dano skrzydla Ikarowe,
nie mielibysmy do lotu odwagi.
My nie tracimy nic, bosmy od razu
nic nie przyniesli - i tylko nam bywa
tak zle, ze na zle takie brak wyrazu,
a serce peka w nas i we krwi plywa.
|
|
Ekstaza |
Nie widze, slucham
cie oczyma, biala!
Nagosci twojej linie i kolory
w hymn mi sie jeden lacza róznowzory,
w muzyke ksztaltu, w piesn twojego ciala...
Melodia jestes i harmonia
ciala!
Rzucona kedys w dalekie przestwory,
jako przelotne swiecisz meteory - -
piesn twej pieknosci promienieje, pala...
Komu sie zjawisz taka,
pójdzie dalej
z twarza od swiata odwrócona, senna -
tak ci rzezbiarze, co Wenus promienna
niegdys w paryjskim marmurze kowali,
chodzili cisi, senni miedzy ludem -
oni widzieli cud i zyli cudem...
|
|
Evviva
l'arte
|
Evviva l'arte! Czlowiek zginac musi -
cóz, kto pieniedzy nie ma, jest pariasem,
nedza porywa za gardlo i dusi -
zginac, to zginac jak pies, a tymczasem,
choc zycie nasze spluniecia warte:
evviva l'arte!
Evviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nedzny filistrów naród! My, artysci,
my, którym czesto na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni lisci,
i tak wykrzykniem: gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,
slawa nam sloncem, nam, królom bez ziemi,
mozemy z glodu skonac gdzies pod progiem,
ale jak orly z skrzydly zlamanemi -
wiec naprzód! Cóz jest prócz slawy warte?
evviva l'arte!
Evviva l'arte! W piersiach naszych plona
ognie przez Boga samego wlozone:
wiec patrzym na tlum z glowa podniesiona,
laurów za zlota nie damy korone,
i chociaz zycie nasze nic niewarte:
evviva l'arte!
|
|
Falsz,
zawisc
|
Falsz, zawisc, plaskosc,
miernosc, nikczemnosc, glupota:
oto rafy, o które lódz moja potraca,
plynac przez zycia metne i cuchnace blota
pod niebem zachmurzonym, bez gwiazd i bez slonca.
Wiem, ze blot nie przeplyne - odrzucam precz wiosla
i przymknawszy powieki na dnie lodzi leze,
nie dbajac, kedy by mnie metna woda niosla,
nie dbajac, gdzie i jakie czeka mnie wybrzeze?Tak plyne ja, zrodzony od czystego morza,
do purpurowych wschodó, zachodów zloconych,
do gwiazd kroci, orkanu, co gna przez przestworza,
do cisz wielkich i sennych i do wysp zielonych.
Tak plyne ja, zrodzony, by sloneczne fale
pruc silnym ruchem reki lezacej na sterze,
by wiry i wietrzyce roztracac zuchwale - -
tak plyne i pólmartwo na dnie lodzi leze.
|
|
Gdybym
mogl sobie wybrac
|
Gdybym mógl sobie wybrac smierc
podlug mej woli,
chcialbym z wolna utracac swiadomosc istnienia,
przestawac czuc, co rozkosz przynosi lub boli,
i pograzac sie w cicha otchlan zapomnienia.
|
|
Gdzie
jest
|
"Gdzie jest twój sen?
Gdzie jest twój sen?"
spytalo wielkie morze;
góry spytaly, gdzie jest mój sen,
i szum mnie spytal w borze.
Slonce mnie pyta: "Gdzie jest
twój sen,
sen, co byl sercem w tobie?"
Gdzie jest mój sen? Gdzie jest mój sen?
Wraz z sercem moim w grobie.
|
|
Hymn
do Nirwany
|
Z otchlani klesk i cierpien podnosze glos
do ciebie,
Nirwano!
Przyjdz twe królestwo jako na ziemi, tak i w niebie,
Nirwano!
Zlemu mnie z szponów wyrwij, bom jest utrapion srodze,
Nirwano!
I niech juz wiecej w jarzmie krwawiacym kark nie chodze,
Nirwano!
Oto mi ludzka podlosc kalem w zrenice bryzga,
Nirwano!
Oto sie w zlosci ludzkiej blocie ma stopa slizga,
Nirwano!
Oto mie wstret przepelnil, ohyda mie zadusza,
Nirwano!
I w bólach konwulsyjnych tarza sie moja dusza,
Nirwano!
O przyjdz i dlonie twoje polóz na me zrenice,
Nirwano!
Twym unicestwiajacym oddechem piers niech syce,
Nirwano!
Zem zyl, niech nie pamietam, ani wiem, ze zyc musze,
Nirwano!
Od mysli i pamieci oderwij moja dusze,
Nirwano!
Od oczu mych odegnaj zle i nikczemne twarze,
Nirwano!
Czlowiecze zburz przede mna bozyszcza i oltarze,
Nirwano!
Niech zywot mie silniejszych, slabszych smierc nie uciska,
Nirwano!
Niech bledny wzrok rozpaczy przed oczy mi nie blyska,
Nirwano!
Niech otchlan klesk i cierpien w lonie sie twym pogrzebie,
Nirwano!
I przyjdz królestwo twoje na ziemi, jak i w niebie,
Nirwano!
|
|
Ja,
kiedy usta
|
Ja, kiedy usta ku twym ustom chyle,
nie samych zmyslów szukam upojenia,
ja chce, by mysl ma omdlala na chwile,
chce czuc najwyzsza rozkosz - zapomnienia...
Namietny uscisk zmysly moje strudzil - -
czemu ty patrzysz z twarza tak wylekla?
Mnie tylko zal jest, zem sie juz obudzil
i ze mi serce przed chwila nie peklo.
Blogoslawiona smierc, gdy sie posiada,
czego sie pragnie nad wszystko goracej,
nim twarz przesytu pojawi sie blada,
nim sie zazada i znowu, i wiecej...
|
|
Koniec
wieku XIX
|
Przeklenstwo?... Tylko dziki, kiedy sie
skaleczy,
zlorzeczy swemu bogu skrytemu w przestworze.
Ironia?... Lecz najwieksze z szyderstw czyz sie moze
równac z ironia biegu najzwyklejszych rzeczy?
Wzgarda... Lecz tylko glupiec gardzi tym ciezarem,
którego wziac na slabe nie zdola ramiona.
Rozpacz?... Wiec za przykladem trzeba isc skorpiona,
co zabija, kiedy otocza go zarem?Walka?... Ale czyz mrówka rzucona na szyny
moze walczyc z pociagiem nadchodzacym w pedzie?
Rezygnacja? Czyz przez to mniej sie cierpiec bedzie,
gdy sie poddaniem schyli pod nóz gilotyny?Byt przyszly?... Gwiazd tajniki któz z ludzi oglada,
kto zliczy zgasle slonca i kres swiatu zgadnie?
Uzycie?... Alez w duszy jest zawsze cos na dnie,
co wsród uzycia pragnie, wsród rozkoszy zada.
Cóz wiec jest? Co zostalo nam, co wszystko wiemy,
dla których zadna z dawnych wiar juz nie wystarcza?
Jakaz jest przeciw wlóczni zlego twoja tarcza,
czlowiecze z konca wieku?... Glowe zwiesil niemy.
|
|
Ktoz
nam powroci
|
Któz nam przywróci te lata
stracone
bez wiosennego w wiosnie zycia nieba?...
Wolaja na nas, ze w zla idziem strone,
precz o swiat troske rzucajac powinna,
a czy pytaja sie nas, co nam trzeba
i czysmy mogli obrac droge inna?
Kto z was policzyl te gorzkie godziny
daremnych pragnien, zracych nasza dusze?
Kto zmierzyl smutku naszego glebiny
bez dna i brzegu? Kto wie, jakie ducha
niepodleglego straszne sa katusze,
gdy zerwac swego nie moze lancucha?Spójrzcie nam w mózgi - - zgryzly je, strawily
wrodzone ludziom daremne pragnienia.
Wolacie na nas: "Jestesmy bez sily,
dajcie nam slowa wiary i otuchy" - -
A nam któz daje slowa pocieszenia?
A któz mdlejace nasze wzmacnia duchy?
Któz nam powróci te lata stracone
bez wiosennego w wiosnie zycia nieba?...
Chcecie w nas widziec dzwignie i obrone,
zadacie od nas zbawien i pomocy,
lecz my, z waszego wykarmieni chleba,
jak wy, nie mamy odwagi i mocy.
|
|
Lubie,
kiedy kobieta
|
Lubie, kiedy kobieta omdlewa w objeciu,
kiedy w lubieznym zwisa przez ramie przegieciu,
gdy jej oczy zachodza mgla, twarz cala blednie
i wargi sie wilgotne rozchyla bezwiednie.
Lubie, kiedy ja rozkosz i zadza oniemi,
gdy wpija sie w ramiona palcami drzacemi,
gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem
i oddaje sie cala z mdlejacym usmiechem.I lubie ten wstyd, co sie kobiecie zabrania
przyznac, ze czuje rozkosz, ze moc pozadania
zwalcza ja, a sycenie zadzy oszalenia,
gdy szuka ust., a leka sie slów i spojrzenia.
Lubie to - i te chwile, gdy kolo mnie
wyczerpana, zmeczona lezy nieprzytomnie,
a mysl moja juz od niej wybiega skrzydlata
w nieskonczone przestrzenie nieziemskiego swiata.
|
|
Mow
do mnie jeszcze
|
|
Mów do mnie jeszcze...
Za taka rozmowa
tesknilem lata... Kazde twoje slowo
slodkie w mym sercu wywoluje dreszcze - -
mów do mnie jeszcze...
Mów do mnie jeszcze...
Ludzie nas nie slysza,
slowa twe dziwnie poja i kolysza,
jak kwiatem, kazdym slowem twym sie pieszcze
mów do mnie jeszcze...
|
|
Nie
wierze w nic
|
Nie wierze w nic, nie pragne niczego na
swiecie,
wstret mam do wszystkich czynów, drwie z wszelkich zapalów:
posagi moich marzen stracam z piedestalów
i zdruzgotane rzucam w niepamieci smiecie....
A wprzód je depce z zalu tak dzikim szalenstwem,
jak rzezbiarz, co chcial zaklac w marmur Afrodyte,
widzac trud swój daremnym, marmury rozbite
depce, placzac krzyk bólu z smiechem i przeklenstwem.I jedna mi juz tylko wiara pozostala:
ze koniecznosc jest wszystkim, wola ludzka niczym -
i jedno mi juz tylko zostalo pragnienie
Nirwany, w której istnosc pograza sie cala
w bezwladnosci, w omdleniu sennym, tajemniczym,
i nie czujac przechodzi z wolna w nieistnienie.
|
|
O
sonecie
|
Lubie sonetu trudna, misterna budowe:
zda mi sie, ze mi kawal marmuru odkuto,
w którym swobodnie rzezbic moze moje dluto
w rozmiarach wiecznie jednych ksztalty coraz nowe.
Lubie te dzwieki pelne, szerokie, brazowe,
brzmiace wiecznie ta sama melodyjna nuta,
a w nieskonczona róznosc motywów rozsnuta,
jak mgly na jednym niebie w przerózna posnowe.Lubie ten maly kosciól, w którym jednak moze
olbrzymi Bóg sie zmiescic, jak w poteznym tumie;
lubie to górne, waskie, naskalne wydroze,
skad runie, kto stóp pewnie polozyc nie umie;
lubie te gwiazde mala, co swieci jak zorze,
dzwiek dzwonu, co nie gluchnie w huraganów szumie.
|
|
Sa
takie chwile
|
Sa takie chwile, gdy sie nie smie badac
swej wlasnej duszy, bo sie czlowiek leknie,
ze ani jednej nie znajdzie w niej struny,
co potracona, jeszcze czysto dzwieknie.
Lecz trzeba tylko jednego spojrzenia
pelnymi wielkiej milosci oczyma,
by w akord zwiazac wszystkie struny duszy...
Potrzeba jednych oczu - lecz ich nie ma!
|
|
Szukaja
bostwa
|
Szukaja bóstwa: jedni z nich w
popiele
nurzajac glowy i scielac sie w kurzu
przy marmurowych posagów podnózu
albo w posepnym, milczacym kosciele;
inni ku niebu skron podnoszac smiele,
w slonc zyciodawczych promienistym rózu,
w gór, oceanom ochronnym przedmurzu,
w madrym i dobrym wszechstworzenia dziele;inni, spokojni, cisi, zadumani,
w nieogarnionej szukaja go gluszy,
w nieskonczonosci bezdennej otchlani - -
tak od poczatku swojego istnienia
wszedzie szukaja bóstwa bez wytchnienia,
tylko go w wlasnej nie szukaja duszy.
|
|
Wiecznie
samotni
|
Wiecznie samotni!... Posród tlumu
ludzi,
gdy serce nasze wstrzasnie ich sercami,
gdy dusza nasza ich dusze obudzi
i tlum ten caly kolo nas sie toczy,
dlon wyciagajac ku nam, wznoszac oczy:
jestesmy sami.
Wiecznie samotni!... Gdy w najblizszym kole
twarze gorzkimi zraszaja sie lzami,
wspólne pragnienie zaswieci na czole
albo wybuchna ludzie szczerym smiechem:
my, lzom i szczesciu wtórujacy echem,
jestesmy sami.Wiecznie samotni!... Nawet w takiej chwili,
gdysmy spleceni wzajem ramionami
z kobieta dusze i ciala zlaczyli,
gdy z nia przeniknac pragniemy sie wzajem,
jej serce bierzem i jej serce dajem:
jestesmy sami.
Wiecznie samotni, wiecznie szukajacy
z wiecznej nadziei wiecznymi zludami,
pelni tesknoty gorzkiej i palacej,
bladzim po swiecie, dziwne, obce cienie -
wreszcie ostatnie wydajac westchnienie
jestesmy sami.
|
|